
Co »się podoba« dziś, lub podobało,
»Lecz, co się winno podobać« jak, niemniej,
I to, co »dobre«, nie jest, z czym przyjemniej,
Lecz, co »ulepsza« – podaje Cyprian Kamil Norwid w „Promethidionie”1.
Coraz zamożniejszy gatunek homo sapiens jest łasy na wszystko, co podwyższa mu komfort w każdej dziedzinie życia. A hasło na produktach: „przyjazne środowisku naturalnemu” działa cuda w naszej świadomości – usypia czujność. I paraliżuje zmysły innowacyjne – wizje spokrewnione z naturą. I tak oto wszechobecny już samochód – szybkobieżny stalowy rumak, udoskonalany na wiele sposobów, jest teraz nie tyle wyróżnikiem statusu ekonomicznego i społecznego, ile narzędziem modelowania aktywnego i zarazem swobodnego trybu życia.
A kto z pożądliwie przyglądających się dobrodziejstwom technicznym, uznający siebie za miłośnika i obrońcę natury, myśli o tym, że jest skazany na hipokryzję? Ekofiltry czy inne udoskonalenia, z założenia i głoszonych szczegółowych argumentów mające oszczędzać środowisko naturalne, jednoznacznie przemawiają do wyobraźni współczesnych jeźdźców anektujących bez zmrużenia oka co rusz jakąś nowość genetyki motoryzacyjnej, nadal najczęściej żywiącą się benzyną lub ropą. Dopiero alarmy o smogu – uprzytamniają skalę skutków. Czy łapczywości i uporczywego trwania w nawykach nieliczenia się ze środowiskiem przyrodniczym?
(…) Prawdy powietrze
Póki jest czyste, wszystko się rozwija,
Weselsze kwiaty, liście w sobie letsze
Jaśniejszy lilii dzban, smuklejsza szyja,
Wolniejszy człeka ruch i myśli człeka… – czytamy w wersach „Promethidiona” C.K. Norwida2.
Śmiertelnika chyba nie uczy niczego doznawanie męki podczas ataku migreny albo innej dolegliwości wymagającej ciszy i snu, gdy zza szczelnego okna dobiega nieznośne dudnienie i ryk rozpędzonych aut. Nie irytuje nawet, że musi się obawiać otwierania okien? A może chociaż niepokoi widzialna rosnąca liczba stalowych rumaków? Ano, nie niepokoi. Przynajmniej niewiele wiadomo o tym. Narzekanie natomiast na ich wątpliwe uroki w pejzażach natury i cechy kwalifikujące je do roli toksycznych intruzów, najeźdźców planety, ma rangę wysublimowanej jakości myślenia – iście królewskiej maniery, nie znajdującej posłuchu pośród tłumu.
Postulat „stalowców”: Więcej sypialni! Pod chmurką… Przybywa parkingów. W tempie kosmicznym. Na osiedlach wydzierane są na nie niedawne jeszcze skrawki zieleni. Samochody, czyli neorumaki, organizują i jeźdźcom, i nam wszystkim życie. Drogi osiedlowe dla pieszych, z ograniczonym dotąd do niezbędnego ruchem kołowym, awansują jedna po drugiej do roli przejezdnych ulic. Takie urządzenie przestrzeni zapewnia zmechanizowanym koniom dojazd do stajni-parkingów. I jedynie wymaga kompromisu ze społecznością, zarządcą terenu. Kompromisu, jak się okazuje niechcianego li tylko przez milczącą mniejszość. Bo większość zazielenianie i wprowadzane innowacje uznaje za antidotum jako tako lub nawet doskonale niwelujące skutki motoryzacji. I woli nie rozważać wobec mierzalnej faktografii smogowej – dobroczynnych właściwości natury, a zwłaszcza powietrza. Szuka więc, a bynajmniej nie pedes apostolorum, niekiedy tylko na rowerze – owych prawdziwych skarbów poza miastem. Daleko od swoich domostw.
Najwyraźniej nadszedł czas na zmianę myślenia, według którego naprawę środowiska mielibyśmy zawdzięczać li tylko filtrom, recyklingowi, segregacji śmieci, eliminacji jednorazowych plastikowych opakowań (przez nakładanie za nie opłat, więc pewnie bezradnej wobec przyzwyczajeń?), a też utylizacji sprzętów technicznych i ich części czy zużytych baterii i żarówek. A nadto – kolejnym technologiom, wprawdzie produkującym przeróżne urządzenia energooszczędne czy piece gazowe, które stopniowo eliminują widzialne i odczuwalne zadymienie, obniżają emisję substancji szkodliwych, lecz nadal eksploatują naturę – najpierw w procesie produkcji, a później – po technicznym zużyciu.
Wyjściem z impasu może być naprawa natury naturą. Gdy dotychczasowe metody nie skutkują pożądanym dobrostanem, jak zatem samochody i inne pojazdy na benzynę, ropę czy gaz miałyby się rozgrzeszać z wytworzonych niepoliczalnych metrów sześciennych spalin, w tym tych jednoznacznie toksycznych, i wydzielanego już nadmiarowego w atmosferze dwutlenku węgla? Zmniejszanie zużycia paliw to jedna z opcji. Druga – oparta na filtrach. A trzecia – z napędem na prąd i wodór. Wszystkie wobec rezultatów badań stanu środowiska okazują się niewystarczające, te najnowsze zaś są ledwie na początku i nie mają powszechnego zastosowania (a np. o biopaliwach z pewnością będzie coraz głośniej). Wszystkie nadal dyskusyjne, choćby ze względu na złożoność problemów do rozwiązania, wymagających czasu.
Rewolucją, jak uważam, może być w tej sytuacji, i to na wielką skalę, przywracanie równowagi poprzez działania wspierające naturę naturą. Pozostaje tylko obmyślić, w jaki sposób miałyby ją zapoczątkować na przykład postulowane przeze mnie samochody-łąki. Warto byłoby choćby na początek poznać, jak skutkowałyby dla środowiska. Badanie naukowe musiałoby oprzeć się na stworzeniu np. modelu – w dużym stopniu przybliżonego odpowiednika naszej planety z wszystkimi jej właściwościami, w tym składem gazów. I ustaleniu, jaki byłby pożądany poziom przybytku tlenu, by wytworzony tlen wpłynął na stan powietrza i całe środowisko jednoznacznie dobroczynnie. Rośliny w zależności od swych właściwości i warunków, zwłaszcza świetlnych, nie tylko pochłaniają dwutlenek węgla i wytwarzają tlen, lecz także zużywają tlen i wydzielają dwutlenek węgla. Dla zaawansowanych technik komputerowych stworzenie różnych wariantów symulacji nie powinno być niewykonalne.
Mimo że trzeba by znać precyzyjną odpowiedź nauki i mimo że adaptacja hodowli roślin zielonych, kwiatów, iglaków na dachach stalowych mustangów przy najlepszej nawet woli zdaje się prawie nierealna (stare modele trafiają na złomowiska, z kolei najnowsze mają nie bez licznych uzasadnień: ergonomicznych i ekologicznych coraz to smuklejsze, opływowe sylwetki), intuicyjnie myśląc, realistycznie oceniam, że moja idea wskazuje jedną z hipotetycznych dróg do poszukiwanego remedium i tym samym zasługuje na uwagę.
Argumenty przemawiające za ideą samochodów-łąk. Zdajmy sobie sprawę z tego, że każdy samochód zajmuje mierzalną przestrzeń odebraną pierwotnej naturze. A ileż tej przestrzeni zajmują samochody na całym ziemskim globie?! Żaden samochód nie pełni roli, którą miała pierwotna natura, lecz wręcz ją deformuje, eksploatuje. Nasyca ją takimi składnikami, których ona nie jest w stanie przetworzyć tak, aby zachować równowagę wszystkich swoich elementów i cech.
Nawet zwykła obserwacja zjawisk pogodowych przynosi wnioskowanie o anomaliach. Przez żyjące kilka pokoleń są one najsilniej dostrzegane i odczuwane jako narastające. A tylko natura nieobciążana nadmiernie skutkami działalności człowieka potrafiła zawsze przywracać stan równowagi.
Tymczasem postępujące od dwudziestego wieku uprzemysłowienie, dynamiczny rozwój motoryzacji, lotnictwa, chemizacja rolnictwa, coraz intensywniejsze stosowanie produktów chemicznych w codzienności czy loty w kosmos sprawiły, że środowisko naturalne zaczęło się uginać od coraz to większych obciążeń. Jak podają liczne źródła, same tylko samochody emitują od 30 do 50 procent spalin. Powietrze, sycone zarówno składnikami pochodzącymi z procesów naturalnych, jak i związanymi z działalnością człowieka, nieustająco traciło i traci nadal pożądaną jakość.
Liczne źródła podają, że same tylko samochody obciążają środowisko toksycznymi spalinami od 30 do 50 procent.
Aż okazało się, że środowisko nie jest w stanie nadążyć ze swoimi procesami wchłaniania i likwidacji naruszenia równowagi. Warunki życia alarmująco zmarniały, ludzi dosięgły choroby cywilizacyjne i związane z zamieszkiwaniem np. w pobliżu zakładów przemysłowych czy chemicznych. Dymy przemysłowe, a także powstałe ze spalania surowców kopalnych w gospodarstwach domowych, wycinanie drzew, karczowanie puszczy, wypalanie lasów, działalność spalarni śmieci zaniedbujących właściwe procesy oszczędzające środowisko i góry złomowisk – dokonywały i nadal dokonują kolejnych deformacji środowiska naturalnego. Te negatywy są postrzegane teraz i niesłusznie jako nieco mniejsze m.in. po wielu zmianach procesów technologicznych i filtrowaniu spalin w kominach. Procesy w naturze jednak są zazwyczaj niedostrzegalne ludzkim okiem. Znawcy dopiero i tylko niekiedy potrafią po niektórych widzialnych symptomach ocenić wstępnie, z czym najprawdopodobniej mogą wiązać swoje obserwacje.
Bicie na alarm rozpoczęto dawno temu. Do boju ruszyli już w XX w. ludzie świadomi konsekwencji, którzy podjęli walkę o zmiany niosące pomoc środowisku.
Systemy polityczne i gospodarcze długo były głuche na argumenty przyrodników, naukowców, społeczników i dziennikarzy, których zwłaszcza w epoce socrealizmu postrzegały niemal jako wrogów i zwalczały.
Sama, odkrywając niektóre smaki mechanizmów poruszających błędne koło arogancji, utrwalających praktykę podległości decyzyjnej politykom, partykularnym ich interesom utrzymania zajmowanych stanowisk, przekonywałam się, jak niełatwo jest drążyć piórem tematy środowiska czy kosztów ponoszonych przez nie i ludzi skazanych na skutki jego postępującej dewastacji. Kraina utopii, najgorsza i chimerycznie, złowrogo urządzona ludziom dobijającym się o prawdę i pożądane zmiany, bezwzględnie broniła swoich racji stanu. Aż po latach wytrwałych zmagań i nacisków pionierów naprawy środowiska na miejscowe władze i centra polityczne, bezceremonialni dotąd rządzący, skupiający się przede wszystkim na wielkościach produkcji i utrzymaniu swojej władzy, zaczęli powoli ustępować przed argumentacją o konieczności działań naprawczych. Wówczas nauka spiesząca z pomocą wzmogła skalę swoich obserwacji, badań, poszukiwań rozwiązań i antidotów, stając się w demokracjach głównym arbitrem we współczesnym świecie, który już nadaje moc prawną rozstrzygnięciom mającym ratować środowisko naturalne na całym świecie.
Efekt cieplarniany. Problemów nieustannie przybywa, a też polaryzacji stanowisk ludzi nauki w kluczowych kwestiach. Zjawisko efektu cieplarnianego, sygnalizowane w powszechnie dostępnych mediach dyskusjami, informacjami, jest odbierane przez część odbiorców jako wymysł jednych przeciwko drugim: jedni postrzegają naukę jako skierowaną przeciwko magnatom ekonomicznym, zarządzającym globalnie czy lokalnie motoryzacją i zasobami ropy naftowej oraz gazu ziemnego, a drudzy przypisują nauce służalczą rolę wobec interesów owych umownie określanych i wyobrażanych magnatów.
W kwestii klimatu, pojawiają się również stanowiska naukowców dementujące, jakoby obecnie występowały w nim zjawiska nadzwyczajne, nieznane wcześniej. W rezultacie dociekań na podstawie niezależnej analizy literatury naukowej, w tym podawanych w niej danych, pozyskiwanych drogą skomplikowanych badań, gdy sięgały one czasokresów rzędu tysięcy, setek tysięcy czy milionów lat temu, geolog dr Stefan Uhlig3 zaprezentował w swojej książce z 2024 r. argumenty naukowe skupione na różnych aspektach klimatu. Wymownie zreasumował je w tytule tej publikacji jako klimatyczne oszustwo. Niemiecki naukowiec najwyraźniej sugeruje, że nie ma powodów do alarmów dotyczących stężenia gazów stanowiących naturalny skład powietrza. Wskazuje, że stany i skład powietrza są w długich i bardzo długich, sięgających setek tysięcy czy milionów lat, porównywalne. A cykle zmian składu powietrza ocenia w różnych okresach geologicznych jako powtarzalne i przyjmujące sinusoidalne minima i maksima. Tyle że w swoich analizach porównawczych nie skupia się na obecności w powietrzu i środowisku substancji obcych naturalnemu składowi powietrza, toksycznych, którymi syci je obecna cywilizacja. Pozostawia to pole do diagnostyki oraz interwencji oczyszczających środowisko.
Praktyczne rozwiązania, bazujące na nauce nielekceważącej namacalnych obserwowanych i mierzonych zanieczyszczeń, skutków uprzemysłowienia i rozwoju technologii i motoryzacji, widać jednak już w wielu dziedzinach. Przyjęto za racjonalne intensywne redukowanie szkodliwych w powietrzu produktów spalania. Wraz z postępującym nasycaniem środowiska toksycznymi substancjami i rosnącym ich stężeniem w powietrzu, zapotrzebowanie na sposoby jego ograniczania nabrało w obecnej dobie najwyższej wagi.
Smog. Gdy gazy cieplarniane znalazły się pod lupą naukowców, badaczy i obserwatorów, stan powietrza, zwłaszcza z uwagi na silnie niepokojący smog, widzialny jako zamglone, nieprzezroczyste powietrze podczas bezwietrznej pogody, a wyczuwalny po drażniącym zapachu przy dużych stężeniach najsilniej trujących związków chemicznych, jest diagnozowany pomiarami. Poziom szkodliwych dla zdrowia i życia pyłów, pośród których najgroźniejsze są drobne – przenikające do płuc i krwiobiegu, i substancji chemicznych jest obserwowany zarówno na dotąd czynnych a drogich stacjach pomiarowych, jak i za pomocą coraz liczniej instalowanych tańszych czujników.
Nie bez znaczenia diagnostycznego są również techniki obserwacyjne zastosowane w kosmosie. Warto zasygnalizować novum, którym jest możliwość założenia własnej stacji obserwacyjnej przez każdego zainteresowanego pomiarami obywatela.
Pozyskane wyniki pomiarów są również nanoszone na mapy zanieczyszczeń powietrza. Dane na nich są aktualizowane co kilka minut, dzięki czemu każdy ma do nich bieżący dostęp w Internecie. Obserwacja jednakże jest skupiona jedynie na skutkach, a nie na przyczynach. Ma szczególne znaczenie dla ochrony zdrowia i życia w przypadku wysokich poziomów stężeń niepożądanych składników powietrza. Problematyczny pozostaje wyznaczony i przyjęty poziom przekroczeń od przyjętej normy, który mobilizuje do ogłoszenia alarmu. Niejednokrotnie podnoszą w tej kwestii swój głos społeczni działacze ochrony środowiska krytycznie oceniający ustalenie wielkości norm.
Sygnalizowanie ostrzeżeń o zagrożeniach wraz z zaleceniami pozostawania w domu najbardziej narażonych na niebezpieczeństwo: chorych, starszych, kobiet i dzieci jest przyjętą formą zmniejszania wpływu takiej sytuacji na zdrowie. Niemogący się chronić cały czas są narażeni na wchłanianie substancji toksycznych. A smog również jest groźny dla organizmów innych istot żywych.
Wzrost liczby zachorowań osób poszkodowanych złym stanem środowiska, w tym najdotkliwiej odczuwanym smogiem, i statystyki śmiertelności, to cena wszystkiego, co czynią ludzie ludziom na obecnym etapie cywilizacyjnym postępem technicznym i technologicznym, a też niepohamowanym, bezmyślnym konsumpcjonizmem i oporem przed wprowadzaniem koniecznych zmian. Cena cierpień ludzkich ma również rosnący i niebagatelny wymiar ekonomiczny − odszkodowań i leczenia. Profilaktyka wymaga z kolei kosztów: diagnostyki stanu powietrza, badań naukowych, modernizacji i zmian systemowych (dostosowań) i in. − Stefania Pruszyńska
W Polsce od 2015 roku działa PAS – Polski Alarm Smogowy, ponadpartyjna inicjatywa, organizacja zrzeszająca ruchy obywatelskie skupione na docelowym przywróceniu pożądanej jakości powietrza. PAS „współpracuje z samorządami, organizacjami pozarządowymi i środowiskami naukowymi oraz z każdym, komu leży na sercu czyste, nieskażone zanieczyszczeniami powietrze, jak również zdrowie polskich obywateli”- co podkreśla, opisując swoją misję w internetowej witrynie. Alarmy Smogowe działają w wielu miastach Polski. Dla zainteresowanych wspieraniem PAS czy indywidualnym zaangażowaniem się w akcje na rzecz środowiska jest wiele pól manewrów.
Dziura ozonowa. Jednym z pierwszych najbardziej znanych zaleceń nauki dla ratowania uszkodzonej powłoki ozonowej, zwanej dziurą ozonową, było wycofywanie technologii wytwarzania i licznych zastosowań szkodliwego dla niej freonu i halonów (halonów używano jako skutecznych środków gaśniczych, wycofywano je z użycia na mocy Protokołu montrealskiego z 16 września 1987 r.). Nadmiernie stosowane halony i freon uszkodziły warstwę ozonu stratosferycznego, która chroni naszą planetę przed szkodliwym ultrafioletem.
Później obudzono się na groźne skutki dla zdrowia używanego azbestu. Mamy nadal problem z ozonem troposferycznym, pojawiającym się najczęściej wiosną i latem w powietrzu blisko ziemi, wyczuwalnym przez ludzi przed burzą i po burzy. Ten ozon w wysokim stężeniu jest gazem narażającym organizmy ludzi i innych istot na poważne zatrucia. W Polsce jego stężenie jest obserwowane w ponad stu stacjach pomiarowych.
Problem z dwutlenkiem węgla. Ten składnik powietrza, w naturalnych przemianach ważne źródło węgla, osiąga różne stężenia na ziemskim globie – na półkuli północnej większe niż południowej, w różnych sezonach zmienne, także zróżnicowane w regionach. Przed industrializacją dwutlenek węgla nie miał takich koncentracji w atmosferze jak dziś. Wprawdzie jest częściowo pochłaniany przez biosferę i oceany, lecz w atmosferze jego stężenie wzrasta. Dlaczego? Natura próbuje osiągać równowagę różnymi procesami, lecz fotosynteza i inne procesy jego wchłaniania najwyraźniej nie są wystarczające. Oceany, absorbując do pewnych możliwych wielkości nadmiarowy dwutlenek węgla, kwaśnieją, nie mogąc uwalniać go jak dawniej do atmosfery, która jest nim przesycona. Roślinność ziemska nie ma aż takiego zapotrzebowania na ten gaz, co nie dziwi wobec skali jej ubytku i osłabionej kondycji. Nie ubywa też na miarę konieczną źródeł używających kopalin do procesów spalania, a przyrost liczby ziejących spalinami (mimo filtrów i początku zastosowań alternatywnych metod napędu) aut i innych pojazdów na benzynę i ropę osiąga coraz wyższe pułapy.
Aktualnie rozwiązania oparte o metody wchłaniania nadmiarowego dwutlenku węgla w powietrzu, jak i redukowania jego wytwarzania w procesach spalania stają się istotnymi wyzwaniami. Zapotrzebowane jest podjęcie bardziej dynamicznych niż dotychczas kontrakcji mających zapobiec niekorzystnym czy już nawet bardzo groźnym zmianom w środowisku. Takie wnioski podsuwa sama nauka, która zdobyła swoimi diagnozami i zaleceniami rolę przewodnika w ratowaniu środowiska. Tezy nauki znalazły swoje miejsce m.in. w systemach prawnych wielu państw, a też w prawie Unii Europejskiej.
Podstawą jest etyka. Od dawna przenikają do świadomości ludzi na całym świecie ubogacające ją mądrości filozofów, autorytetów z różnych dziedzin, twórców literatury naukowej i emanujące z dzieł literackich wyprzedzających epokę. Silne światło na kwestie etyczne związane ze środowiskiem przyrodniczym niejednokrotnie pojawiało się w naukach Jana Pawła II, polskiego papieża.
Jeżeli mówimy o odpowiedzialności przed Bogiem, to mamy świadomość, że tu już nie chodzi tylko o to, co we współczesnym języku zwykło się nazywać ekologią. Nie wystarczy upatrywać przyczyny niszczenia świata jedynie w nadmiernym uprzemysłowieniu, bezkrytycznym stosowaniu w przemyśle i rolnictwie zdobyczy naukowych i technologicznych, czy w pogoni za bogactwem bez liczenia się ze skutkami działań w przyszłości. Chociaż nie można zaprzeczyć, że takie działania przynoszą wielkie szkody, to jednak łatwo dostrzec, że ich źródło leży głębiej, w samej postawie człowieka. Wydaje się, że to, co najbardziej zagraża stworzeniu i człowiekowi, to brak poszanowania dla praw natury i zanik poczucia wartości życia – tak Jan Paweł II mówił w 3. części przemówienia 12 czerwca 1999 roku w Zamościu, podczas VII pielgrzymki do Polski4.
Nagłaśniane racje stanowiące o podstawie życia na Ziemi, z zakazami niszczycielstwa darów natury i nakazami uzdrowicielskimi, przenikają myślenie współczesnych społeczeństw, klarując coraz wyrazistszy obraz sytuacji.
Z czasów PRL-u o naukowym badaniu okolic zakładów chemicznych z podpoznańskiego Lubonia. Problemy, które napotyka środowisko naturalne, rozpoznawałam i śledziłam od lat. Zanim nastąpiła epoka przełomu i demokratyzacji, zbierałam różne trudne doświadczenia poznawcze na niwie, która zabiegała o naprawę środowiska. W czasach studenckich podczas ferii letnich zdecydowałam się przyjąć zaproszenie do udziału wraz z koleżeństwem z roku i naukowcami w badaniach interdyscyplinarnych Naukowego Koła Chemików, działającego na Wydziale Matematyczno-Fizyczno-Chemicznym UAM. Tematyka tej inicjatywy zbiegała się ze zdobytą przeze mnie specjalistyczną wiedzą, pogłębianą wówczas już na studiach (nauki przyrodnicze to jeden z kierunków mojej edukacji akademickiej, pozostałe to: humanistyczny oraz społeczny). Zadania badawcze dotyczyły otoczenia Zakładów Nawozów Fosforowych w Luboniu.
Perspektywa przebywania latem zamiast w okolicy leśnej − akurat w pobliżu truciciela, nie była zachęcająca. Za to bardzo pociągała mnie idea podjęcia wyzwania rozpoznawczego, które postrzegałam jako dobroczynne dla ludzi i przyrody. Byłam zaciekawiona potencjalnymi odkryciami i przede wszystkim trybem badań. Sam zaś fakt, że odbywać się one miały poza zakładami, sprawiał ulgę, bowiem podczas praktyk uczniowskich z czasów szkoły średniej miałam już okazję dokładnie poznać w tych zakładach: działy, technologie, procesy chemiczne, ogromne urządzenia i kotły w halach produkcyjnych (ich gabaryty wywoływały spore emocje), taśmociągi i inne urządzenia, pracę w tamtejszym laboratorium oraz warunki BHP i obowiązujące zasady i przepisy dotyczące zachowania w sytuacji awarii, czyli bezpośredniego nagłego zagrożenia. Sama ta rzeczywistość, nawet bezawaryjna, sprawiała, że miałam poczucie bycia mrówką przymuszoną do przebywania w nieprzyjaznym, wręcz groźnym otoczeniu. Byłam nastolatką, a teoria podręcznikowa i fotografie różnych dużych zakładów chemicznych to nie to samo, co znaleźć się w ich wnętrzach. Każdy z nas ukrywał, jak odczuwa to zderzenie. Nie było mowy o tym, by okazać słabość. Dość, że mimo napawających mnie z początku trwogą intensywnych bodźców drażniących węch i oczy, a też odrażających widoków szczurów hasających po górach cuchnących kości (surowca jednego z produktów, źródła apatytów − mączki kostnej) − przeżyłam jakoś bez większego szwanku, choć w wielkim stresie, tę programową edukację empiryczną. Na pociechę ubogacona wszechstronnie wiedzą i obserwacją wykraczającą poza ramy podręczników szkolnych i edukacji.
Dbano wtedy, co mnie zaskoczyło, o warunki socjalne. Przekonałam się o tym, gdyż będąc uczennicą-praktykantką, miałam przywilej korzystania jak każdy pracownik (podobnie jak z niezbyt licznej grupy pozostałe koleżeństwo skierowane tam na praktyki szkolne) − z posiłków regeneracyjnych w stołówce zakładów. Były to cenne chwile odprężenia przed dalszymi planowymi zajęciami. Starałam się wtedy zapomnieć o tym, gdzie jestem.
A o tym, czym była ta fabryka dla otoczenia bliskiego i dalszego, przekonywałam się od dawna, mieszkając w nieodległym Puszczykówku i dojeżdżając do Poznania do szkoły średniej, a potem na studia. Od dawna swoimi wyziewami ten kompleks chemiczny budził potężne obawy mieszkańców Lubonia i okolic o swoje zdrowie. Wielu wręcz zmuszał do nieustannego zamykania okien.
Dużo wcześniej, w czasach stalinowskich, wytwórnia nawozów fosforowych stanowiła jednakże miejsce pracy dla setek osób. Wtedy trafiali tam ludzie z nakazów pracy. A oto, jak wspomina funkcjonowanie zakładu doktor nauk chemicznych Krystyna Światlak, z 40-letnim stażem pracy, znana mi z czasów szkoły średniej z roli opiekuna merytorycznego wspomnianych przeze mnie praktyk uczniowskich, zapytana o środowisko przez Andrzeja Zarzyckiego, autora publikacji książkowej z 1999 r. pt. „Zakłady Chemiczne »Luboń« S.A. 1914-1999. Tradycja i współczesność”.
W okresie początkowym, w latach 50. i 60., w powietrzu było bardzo dużo tlenków azotu, dwutlenku siarki i wszelkiego innego świństwa. Choć między bajki należy włożyć opowieści o ptakach zatrutych oparami tlenku azotu, spadających na ziemię tylko dlatego, że przeleciały w pobliżu komina. Aż tak źle nie było. Zakład popełnił kardynalny błąd, dopuszczając do nieistnienia wokół siebie strefy ochronnej. Oranżerie ogrodnicze przesunęły się niemal do murów fabryki, a fluor powodował matowienie szyb w szklarniach. No i zaczęły się narzekania. Atmosfera paniki oddziałała również na naszych robotników, nikt nie chciał pracować przy kwasie fluorowodorowym. Zdarzało się słyszeć stwierdzenia: „mowy nie ma, jeszcze mi życie miłe”. Później zaczęto się starać o zmniejszenie ilości zanieczyszczeń. Jednak o ochronę środowiska, tak naprawdę, zadbano dopiero w latach 80. Ostatnio, tzn. do 1991 roku, tak nas kontrolowano, że należało nad tym wszystkim zapanować − podaje Krystyna Światlak, dr nauk chemicznych, z 40-letnim stażem pracy w lubońskich „fosforach”5.
Badania uniwersyteckie odbywały się m.in. pod kierunkiem prof. Teofila Wojterskiego, botanika, fitogeografa, fitosocjologa i ekologa roślin, działacza ochrony przyrody, najbardziej znanego z niezwykłej aktywności w badaniach i na rzecz ochrony środowiska Tatr, w tym szczególnie Babiej Góry, autora wielu późniejszych publikacji i prac naukowych, także m.in. książki popularnonaukowej „Babia Góra” (Warszawa 1978, 1983) oraz redaktora: obszernego zbioru-przewodnika fitosocjologicznego „Guide to the Polish International Excursion 1-20 June 1978” (Poz. 1978) oraz „Atlasu rozmieszczenia roślin zarodnikowych w Polsce”.
Miałam to szczęście, że prof. T. Wojterski z córką (studentką biologii) na te badania zapraszał mnie z moją koleżanką z roku pod dach swojego terenowca, zapewniając dojazd i porcję wiedzy potrzebnej do wykonania planowych zadań. Jeździliśmy do określonej strefy przyjętej w badaniu jako wyznaczona odległość od zakładu. Docelowe miejsca były wytyczonymi na mapie charakterystycznymi obiektami, przeważnie przyrodniczymi. Dzięki temu bliżej poznałam profesora, jego niezwykłą osobowość, bliską mi szczególnie z uwagi na podobieństwo pasji nakierowanej na miłośnictwo przyrody i zainteresowanie powiązanymi z nią dziedzinami. Rzecz jasna − w tych okolicznościach niejedno novum naukowe zagościło w moim myśleniu, sprawiając mi satysfakcję płynącą z wnioskowania i możliwości rozszerzania przestrzeni dociekań. W zaplanowanych miejscach pobieraliśmy próbki gleby, roślin, także ustawialiśmy pułapki na małe gryzonie. Badaniom były poddawane nawiedzane przez nas siedliska przyrodnicze łąkowe, leśne, nadwarciańskie, które w naukowym trybie opisywał jako ekspert profesor Wojterski. My akurat nie zajmowaliśmy się badaniem środowiska wodnego Warty − rzeki sąsiadującej z zakładami, a więc potencjalnie narażonej na niedozwolone ścieki.
Wsłuchiwałam się w opinie prof. Wojterskiego, który stwierdzał, że tamtejsza flora leśna czy łąkowa jest nazbyt uboga, o czym wiedziałam z różnych źródeł i własnych obserwacji podczas licznych od lat ulubionych marszów po Wielkopolskim Parku Narodowym. Co zaś było szczególne, prof. Wojterski, nasz przewodnik naukowy, wskazywał, używając zawsze nazewnictwa łacińskiego (które natychmiast przyswajałam), jakich roślin nie ma, podczas gdy w odleglejszych od tego zakładu miejscach one występują lub występowały. Ich miejsce na ogół zajmowały rośliny agresywniejsze, zdolne do życia w zmieniających się warunkach. W lasach rozpleniały się już na przykład najbardziej widoczne i znane robinie akacjowate, popularnie zwane akacjami, zagrażające innym gatunkom. Zanikały też siedliska jagodowe, zarastane przez leśne jeżyny. Podobnie ubywało wrzosów. Pamiętane z dzieciństwa spore połacie mchów, dziewięćsiły, sasanki, dzwonki leśne, konwalie trudno już było wypatrzyć. Laski w pobliżu zakładów miały jeszcze bardziej skromne zasoby roślinne. Ubożenie flory w naturalnym środowisku nie było czymś nadzwyczaj wyjątkowym, gdyż dostrzeżono je w wielu miejscach w Polsce. Wtedy ratunkiem dla tych roślin była ich ochrona przed bezmyślnością, niewiedzą ludzi o znaczeniu zachowania ich przy życiu, którą propagowała m.in. Liga Ochrony Przyrody, założona jeszcze przed wojną przez prof. Adama Wodziczkę6 z Uniwersytetu Poznańskiego. Tworzono coraz liczniejsze w obszarach leśnych rezerwaty ochrony przyrody, w których obowiązywała i obowiązuje ścisła ochrona. Pewnie do dziś niejeden w Polsce pamięta górską szarotkę, która stała się jedną z pierwszych najbardziej znanych beneficjentek wprowadzonego prawa ochrony, co też symbolizowały różne emblematy, plakietki z jej wizerunkiem.
Pobierane przez nas próbki były oznakowane i zaraz ładowane do terenowca profesora Wojterskiego. Natomiast pułapki na gryzonie wymagały codziennej obserwacji, zanim któreś z tych stworzeń stało się ofiarą. Wszystkie materiały trafiały do badań, w tym analiz m.in., jak mi wiadomo, w laboratoriach w Collegium Chemicum UAM. Tam na miejscu zajmowali się nimi inni uczestnicy tej inicjatywy. Dociekałam, jakie były wyniki badań, lecz nie mam już tych notatek. Pamiętam wnioski mówiące o dużym stężeniu balastowej chemii w najbliższej strefie, malejącym zaś w dalszych strefach. Myślę, że cała akcja przyniosła pożytki tymi i pozostałymi wynikami.
Rzeczywistość trucicielska tych zakładów mobilizowała z czasem do coraz bardziej dynamicznych kontrakcji. W rezultacie z fabrycznych kominów lubońskich zakładów, od pierwszych zmian naprawczych, które okazały się niewystarczające, aż po wyczekiwany finał − najpierw w latach 80. stopniowo znikał żółtawo-pomarańczowy czy rdzawy dym tlenków azotu, tzw. lisi ogon, o którym ironizowano w Luboniu, nadając pobliskiemu przystankowi autobusowemu nazwę: „fabryka pomarańczy”. Rzedły także białe dymy, a także białe pyły związane z ówczesną produkcją fluorku glinu i fluowodoru HF, związku chemicznego wywołującego przerażenie nawet wśród ówczesnych pracowników tego zakładu, o czym mówiła także zacytowana wyżej dr Krystyna Światlak. A długo z PZNF (Poznańskich Zakładów Nawozów Fosforowych) rozsnuwała się przenikliwa woń, docierająca niekiedy wraz z masami powietrza do odległych miejsc. A że w Luboniu, w niewielkiej odległości od „fosforów”, działały Zakłady Przemysłu Ziemniaczanego, rozsiewające specyficzne wonie, również bardzo nieprzyjemne − pomieszanie tych uciążliwych emisji z obu placówek przemysłowych mocno dawało się we znaki nie tylko mieszkańcom Lubonia. Były one niekiedy wyczuwalne nawet w północno-zachodnich dzielnicach Poznania, co stwierdzałam ze zdumieniem. Po lubońskich „fosforach” z czasów PRL-u pozostały liczne ślady dewastacji i skażenia środowiska, w tym widzialne − wyschłe drzewa pobliskich ostoi leśnych. Dawno tam nie byłam, może część tych drzew potrafiła się odnowić. Z lat wspomnianych badań UAM i dużo wcześniejszych zapamiętałam bardzo przygnębiający widok młodych sosen, wyschłych od strony zwróconej do zakładów, skąd był nawiew dymów. To była pierwsza zwracająca uwagę wszystkich szkoda i dowód toksycznej roli tych zakładów. Trwożyła, nastrajała do sprzeciwu. Budziła sumienia.
Dopiero po latach przeróżnych akcji skupionych na pomocy środowisku walką o kolejne etapy przeciwdziałań skutkom istnienia tych zakładów, największego truciciela w okolicy, mieszkańcy Lubonia, Wir, Puszczykowa, Komornik, a też poznańskiego Dębca czy Górczyna odczuli ulgę − „fosfory” przeistoczono w 2008 roku, po licznych zmianach jej nazw i form zarządzania, w firmę Luvena. Zmodernizowany zakład produkuje teraz nawozy dla rolnictwa, ogrodnictwa i impregnaty, prowadzi politykę ochrony środowiska, jest monitorowany.
A jeszcze niedawno, w marcu 2024 roku, zarząd Luveny tak oto tłumaczył się publicznie w swojej witrynie internetowej przed lubonianami uskarżającymi się na nieznośne zapachy z zakładu:
W związku z pojawiającymi się w ostatnich dniach informacjami dotyczącymi naszej uciążliwości zapachowej, wyjaśniamy, że parametry pracy instalacji produkcji naszych nawozów są monitorowane oraz rejestrowane w systemie komputerowym i przebiegają z zachowaniem ustalonego rygoru technologicznego. Nie odbiegają od przyjętych i narzuconych nam w posiadanym pozwoleniu zintegrowanym norm, zapewniając brak negatywnego wpływu na zdrowie okolicznych mieszkańców. Od lat dokładamy wszelkich starań, by ograniczyć nasz wpływ na środowisko pracy i otoczenie zakładu, pracując nad redukcją substancji zapachowych, pomimo braku dostępnych technologii eliminujących całkowicie zapach – podano w ubiegłorocznej (z 2024 r.) publikacji Luveny7.
Jakże inna jest jednak ta mowa od podawanej w dawniejszych, trącących arogancją, odpowiedziach przedstawicieli różnych zakładów chemicznych w Polsce czy władz politycznych na interwencje prasowe dotyczące trucicielstwa. Wówczas od postaw osób i gremiów władających prasą (wtedy na ogół objętą monopolem państwowym, a tym samym królującą cenzurą) zależało, w jakim stopniu w publikacjach dziennikarskich dozwolono na odsłonę prawdy. Ewolucja w tej materii aż bije w oczy. Społeczeństwo ma już teraz coraz pełniejsze prawo do mówienia swoim głosem. Dla współczesnych młodych pokoleń to oczywistość. Czy jednak sama oczywistość wystarczy do podołania aktualnym wyzwaniom? Nie wymaga ona przełamania bierności?
W poszukiwaniu praktycznej adaptacji mojej idei. Nigdy nie godziłam się z faktografią, w której człowiek niczym barbarzyńca demoluje swoją działalnością naturę. Niejedną godzinę spędziłam na analizach, tropieniu i analizie publikacji, dociekaniach i wnioskowaniu. Czerpałam wiedzę z różnych źródeł: specjalistycznych czasopism, książek, specjalnych konferencji prasowych, imprez targowych tematycznie związanych z ekologią i organizowanych przez Międzynarodowe Targi Poznańskie, rozmów z działaczami. Obserwowałam różne wydarzenia, niejednokrotnie angażując się w nie na wiele sposobów, w tym piórem i uczestnictwem np. w protestach i innych akcjach.
Sięgnęłam do informacji o śmiałym nowatorskim przykładzie rozwiązania dla Poznania z lat 30. XX w. autorstwa inż. Władysława Czarneckiego. Stworzył on projekt pierścieniowo-klinowy systemu zieleni miejskiej, wówczas ani w Polsce, ani na świecie niemający żadnego odpowiednika. System W. Czarnieckiego oparł się na przemyślanym wkomponowywaniu zieleni w strukturę miasta, które postulował prof. Adam Wodziczko z Uniwersytetu Poznańskiego, konsultant naukowy projektu. Projekt został przez profesora przyjęty z uznaniem i zarekomendowany ówczesnemu prezydentowi Poznania Cyrylowi Ratajskiemu, a też wkrótce zaaprobowany do realizacji. A co szczególne – wzbudził ogromne zainteresowanie europejskich ekspertów i przedstawicieli miast Starego Kontynentu. W. Czarnecki został uhonorowany licznymi nagrodami, łącznie z prestiżowym laurem w Paryżu na Międzynarodowej Wystawie Ogrodniczej. To rozwiązanie bardzo zaciekawiło Niemców podczas okupacji, a po wojnie je kontynuowano. Ma w Poznaniu tradycje i echo w klinach zieleni. Pisałam o tym szerzej w publikacji pt. „Maltański klin zieleni w szacie styczniowego przedwiośnia”8.
Od drażnienia czystej świadomości dziecka do inspiracji. Do prób rozstrzygnięć, jak wstępnie od strony organizacyjnej rozwiązać można by problemy związane ze stworzeniem samochodów-łąk, miałam wiele impulsów, począwszy od tych, które tliły się w mojej głowie od czasu, gdy jako dziecko po raz pierwszy zetknęłam się z poznańskim wielkomiejskim ruchem ulicznym, hałasem, powietrzem nasyconym spalinami. Byłam oszołomiona. Trudno też zapomnieć autobusy dymiące ni stąd, ni zowąd czarnym gęstym dymem czy sinawoniebieskie pyknięcia z rur wydechowych warczących aut… Albo kominy domów i kamienic miejskich stłoczonych w mieście jedna przy drugiej. W sezonie jesienno-zimowym wykrztuszały kłęby dymów. A gdy dymy snuły się nisko, nawet brudziły sadzą odzież i śnieg.
Dla kontrastu wspomnę barwy życia w rodzinnym Puszczykówku. Domostwa, liczne wille, otoczone ogrodami, niektóre parkami, nie atakowały swoimi dymnymi wyziewami. Smugi z kominów były zwiastunami życia domowników. Powietrze, nasycone woniami żywicznymi lasu i sezonowo rozkwieconych sadów i kwiatów, w porze obiadowej niosło apetyczne dominujące aromaty potraw. I bardzo rzadko na ulicy pojawiał się samochód. Raczej ciekawostka aniżeli intruz, choć niepokoił hałaśliwością. Niekiedy zajeżdżał bryczką ciągnioną parą koni gospodarz-ogrodnik spod Trzebawia z wyhodowanymi przez niego naturalnymi metodami: świeżymi warzywami i owocami, a jesienią – ziemniakami. Ze stacji kolejowej natomiast dochodziło dudnienie kół pociągów, słyszalne nawet w lesie. Kościół w Puszczykowie słał swoimi dzwonami melodyjne sygnały o świątynnym chwaleniu i czczeniu Boga. Ptaki, wtedy nawet jeszcze liczne jaskółki, miały w mieszkańcach i przybywających z Poznania latem letnikach – wdzięczną cichą publiczność. Wszystko to wraz ze zmieniającymi cyklicznie barwy szat ogrodami tworzyło klimat usposabiający swymi rytmami do pogody ducha.
Tymczasem na Starym Mieście w Poznaniu przy ul. Grobla, gdzie zamieszkali moi krewni, którzy tak niefortunnie przenieśli się tam ze swojej willi w Puszczykówku, sąsiadującej z naszą willą, przestrzenie wypełniał intensywnie mdły zapach dochodzący z nieopodal gospodarującej gazowni (starej gazowni, jak później, po jej zamknięciu, ją nazywano). Z kolei na Ratajach górowały w pejzażu nadwarciańskim potężne, wysokie kominy kolejnych dymnych zmor – zakładów „Stomil”. Nie mogłam pojąć wtedy, jak ludzie w mieście to wszystko wytrzymywali.
Nie zapomnę jednak tego zachwytu, w jaki zawsze podczas kilkudniowej gościny u krewnych wprawiał mnie wczesnym rankiem rytmiczny – dziarski, dźwięczny stukot końskich kopyt na kocich łbach ulicy Grobla. Woźnica strzelał batem, cmokał na koniki. Takiego Poznania już nie ma.
Ad rem. Moja idea jest adresowana do każdej osoby będącej posiadaczem samochodu. Najistotniejsza byłaby konstrukcja aut umożliwiająca zainstalowanie małej platformy z ziemią i roślinami na dachu. Także dobór roślin musiałby być dostosowany do pór roku w Polsce i gdzie indziej. A pory roku coraz to bardziej odbiegają od dawnych pamiętanych norm temperaturowych. W Polsce wiosną, latem i po części jesienią sprawdziłaby się flora kwietna, a zimą – zimotrwała albo cały rok iglaki. A których z nich cykl asymilacji dwutlenku węgla wykazuje najwyższy stopień, zależny przecież od fazy ich wzrostu? A jaki wpływ mają na te rośliny substancje toksyczne w powietrzu, wodzie i glebie?
I czyż nie lepiej byłoby też hodować własne naturalne wieloletnie choinki na dachu samochodu (i kontynuować tę hodowlę w doniczkach pod dachami domostw czy na balkonach)? To byłby sposób na ograniczenie lub nawet wyeliminowanie produkcji choinek z tworzyw, których wytworzenie chłonie energię i surowce i nie ma bynajmniej dobroczynnego wpływu na środowisko. Sam rozkład wyrzuconej sztucznej choinki wymaga 200 lat, jak zapamiętałam z jednej z licznych publikacji naukowych.
Można by zabezpieczać te „łąki” w określonych okolicznościach kopułą (z nasadką zacieniającą lub ochronną) z tworzywa „odwracalnego” i zapewnić im dopływ powietrza na przykład bocznymi szczelinami… A gdyby wprowadzić inne dodatkowe elementy także przyjazne naturze, jak: zbiorniki na wodę deszczową, aby roślinom ją zapewnić, nie pobierając jej z systemów wodociągowych, możliwe stałoby się oszczędzanie także tego dobra natury. Takie rozwiązanie byłoby również o wiele korzystniejsze dla środowiska niż na przykład hodowanie na balkonach większej liczby roślin, nawadnianych wodą z domowych kranów.
Bo nie jest »światło«, by pod korcem stało,
Ani »sól ziemi« do przypraw kuchennych,
Bo piękno na to jest, by zachwycało
Do pracy, praca, by się zmartwychwstało, C.K. Norwid, „Promethidion”9.
Móc kreować wspieranie natury naturą. Samochody-łąki w dużej skali byłyby sporym wyzwaniem dla wielu naukowców różnych dziedzin, również praktyków zawiadujących różnymi systemami, hodowlą roślin itp., i wymagałyby współpracy z producentami samochodów. Do stworzenia podwalin skoordynowanego systemu trzeba by również symulacji rachunkowej – na ile opłacalne jest ekonomicznie takie rozwiązanie proekologiczne w porównaniu z kosztami alternatywnych metod, w tym np. masowej ekokomunikacji publicznej, niezdolnej jednak zastąpić indywidualnej, czy technologii wprowadzających samochody na wodór lub prąd elektryczny albo innych. Niezależnie od wszystkich modyfikacji napędu i zmniejszania zużycia paliw, wyciszania silników itp., moim zdaniem, ta innowacja, a właściwie rewolucja, mogłaby znacząco wspomagać procesy i wprowadzane metody minimalizacji emisyjności, a nawet w dużym stopniu ograniczyć eksploatację innych dóbr natury.
Wobec faktografii. Najliczniejsze stalowe rumaki mają konstrukcję pomyślaną ergonomicznie, wobec czego tę ideę i moje rozważania można przyjąć jedynie za obraz-szablon poszukiwań potencjalnego zastosowania. Norwidowe dobro i piękno ze słów Maurycego w „Promethidionie”, podanych już w odległej epoce, może jednak być przypieczętowane pełniejszym przymierzem człowieka z naturą!
Co »piękne«, nie jest to — mówił Maurycy —
Co »się podoba« dziś, lub podobało,
»Lecz, co się winno podobać«; jak, niemniej,
I to, co »dobre«, nie jest, z czym przyjemniej,
Lecz, co »ulepsza»1.
Przykład nowatorstwa: produkt na diecie pożerającej zanieczyszczenia uliczne i smog. Jednym ze zrealizowanych np. w Poznaniu pomysłów jest mural na budynku przy ul. św. Wawrzyńca 26 pokryty farbami fotokatalicznymi, pochłaniającymi zanieczyszczenia uliczne: spaliny i smog.
Można by rozważać przydatność tych farb do zastosowania w urzeczywistnianiu mojej idei? Są one produktami wymagającymi technologii i nie wiadomo, ile balastu wsączają w naturę i ile czerpią z jej bogactw. Kolejnym ich mankamentem jest stosunkowo wysoka cena.
Co dalej? Zachęcam wszystkich do ochotniczych inicjatyw i prezentowania innych, własnych pomysłów. Dobrze byłoby nadać im pełne dumy ze swojego myślącego i odpowiedzialnego człowieczeństwa hasłowe autorstwo: Pionier lub Inicjator naprawy natury naturą albo Rewolucjonista dla natury czy Myślę, więc jestem… Za lasy Amazonii… Za karczowane puszcze… Ratownik Matki Ziemi…
Zapraszam reprezentantów nauk wielu dziedzin i producentów samochodów i akcesoriów – do podjęcia badań i działań w przekazanej przeze mnie idei-wizji naprawy natury naturą. Niechby taka droga, potencjalnie szeroka, została otwarta w poczuciu współodpowiedzialności za życie na Ziemi.
Stefania Pruszyńska
Grafika: Innian Neomodus 3, Stefania Pruszyńska
© Wszelkie prawa zastrzeżone
(Publikacja aktualizowana, rozszerzona).
___________________________________________________________________________________________________________
1 C.K. Norwid, Promethidion. Rzecz w dwóch dialogach z epilogiem, wersy 88-92 [w:] Wolne lektury https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/promethidion.html [dostęp: 25.09.2024].
2 Ten, tamże, wersy 662-666.
3 Dr Stefan Uhlig, autor publikacji popularnonaukowej z dziedziny nauk przyrodniczych Klimatyczne oszustwo (wyd. Ordo Medicus, 2024), studiował nauki geologiczne na Uniwersytecie Technicznym w Karlsruhe. Specjalizował się w geologii stosowanej i geochemii. Materiały do rozprawy doktorskiej nt. warstwowej mineralizacji miedzi zebrał podczas prac terenowych w Namibii we współpracy z miejscowymi służbami geologicznymi. Pracował w górnictwie (Hiszpania), przy projektach geologicznych (Meksyk, południowa Afryka, odwierty na lądzie i morzu), zajmował się analizą rentgenowską (Ameryka Łacińska i Afryka Południowa).
4 Jan Paweł II, w 3. cz. przemówienia 12.06.1999 w Zamościu, [za:] „Opoka”, Błogosławiona jesteś, któraś uwierzyła…, 23.06.1999, https://opoka.org.pl/biblioteka/W/WP/jan_pawel_ii/przemowienia/zamosc_12061999.html [dostęp: 23.09.2024].
5 Krystyna Światlak [w:] A. Zarzycki, „ZAKŁADY CHEMICZNE »LUBOŃ« S.A. 1914-1999. Tradycja i współczesność”, Luboń 1999, s. 102 i 103.
6 Profesor Adam Wodziczko z Uniwersytetu Poznańskiego, znany z wielu inicjatyw na rzecz środowiska i Poznania, stworzenia trzech parków narodowych, założenia w 1925 r. Ligi Ochrony Przyrody, która początkowo działała w Wielkopolsce i na Pomorzu, a od 9 stycznia 1928 r. przyjęła ramy organizacji ogólnopolskiej. A. Wodziczko orędował również za przemyślanym wkomponowywaniem przyrody w strukturę miasta, które zapewniało radykalną poprawę warunków życia mieszkańców aglomeracji poznańskiej. Realizatorem tej wizji był inż. Władysław Czarnecki, twórca w 1930 r. nowatorskiego projektu pierścieniowo-klinowego systemu zieleni miejskiej.
7 Zarząd zakładów Luvena treść wyjaśnienia podał w swojej witrynie 29.03.2024 w publikacji działu Aktualności pt. „Informacja dotycząca uciążliwości zapachowej” https://luvena.pl/aktualnosci/[dostęp: 25.09. 2024].
8 Stefania Pruszyńska, Maltański klin zieleni w szacie styczniowego przedwiośnia, Gazeta Autorska IMPRESJee.pl http://www.impresjee.pl/maltanski-klin-zieleni-w-szacie-styczniowego-przedwiosnia-stefania-pruszynska/
9C.K. Norwid, Dz. cyt., wersy 230-234.
Tutaj załączam moje poetyckie wołanie z 2019 roku, nawiązujące do smogu, oraz wspomnianą publikację o m.in. nowatorskim na skalę światową projekcie dla Poznania pierścieniowo-klinowego systemu zieleni miejskiej autorstwa inż. Władysława Czarneckiego z lat 30. XX wieku
Maltański klin zieleni w szacie styczniowego przedwiośnia – Stefania Pruszyńska